Top

O tekście w czasach płynnej rzeczywistości

 

Tekst ukazał się oryginalnie na stronie  Instytutu Studiów Archetypowych i Religijnych

 

Rzeczy teraz dzieją się w strumieniach. Każdy ma swój strumień. Niektóre z nich łącza się ze sobą, ale to nic nie zmienia, i tak nie zamieniają się one w rzeki. Jedni wchodzą do strumieni, inni tylko stają nad nimi na chwilę. Wrzucają do nich rożne rzeczy – skrawki, kawałki, opiłki, czasem resztki. Wyjmują rzeczy wrzucone przez innych. Czasem robią je swoimi. Wymyślają sobie o nich całe historie.

Historie nie opowiadają się sobie nawzajem. Nie wiedzą skąd wypływają strumienie i gdzie jest to morze.

MK

 

„Nasz problem polega na tym, że wraz z wiekiem zaczynamy pisać, jakbyśmy byli kimś”, mówi Charles Wright o naturze pisania, i zaraz wyjaśnia: „A tymczasem powinno się pisać, jakby się było nikim… Powinno się pisać z pokładów własnej ignorancji, pożądania i ambicji, a nie z jakiegoś fałszywego poczucia samozadowolenia, czy przepełnionego ważnością poczucia sukcesu”[1]. Wydaje się to być bardzo prawdziwe. Każdy, kto nie przestaje pisać po czterdziestce wie dobrze, że wiek przynosi nam nieskończone dylematy, jeżeli chodzi o słowo pisane. Znamy już jego konsekwencje i znamy ograniczenia, a przede wszystkim znamy dobrze nasze wybrane „ja”, co więcej, przywykliśmy opisywać je rolami i funkcjami, które pełnimy. To „ja” jest jakoś „ustawione” w tym świecie i reaguje niespokojnie na wszelkie naruszenia tego stanu rzeczy. „Ja nie mogę pisać”, „Ja nie mogę tego napisać”, „Jak oni zareagują, jeżeli to napiszę?”. Wierzymy w to, że znamy dobrze nasze ja i wierzymy, że znamy przewidywalne reakcje „ich”.

 

Ale ten krótki cytat współcześnie zmienia całkowicie swoje znaczenie. „Pisz, jakbyś był nikim”. „Pisz z pokładów własnej ignorancji. Pożądania. Ambicji”. „Nie pisz z fałszywego poczucia samozadowolenia czy poczucia znaczenia”. Gdybyśmy mieli podążyć za radami Wrighta, musielibyśmy przestać pisać w ogóle!

 

W czasach, w których pisanie staje się globalnie popularną aktywnością, często kojarzone jest z czymś szczególnym. Stało się sceną, na którą wreszcie, dzięki możliwości blogowania, samopublikowania i komentowania, każdy z nas może się dostać i każdy uważa, że ma prawo na niej być. Na tej scenie każdy odgrywa jakąś rolę, najczęściej osadzoną w trendzie tego, co wyszukiwane jest najchętniej, a napędzające nas pragnienie sukcesu z całą pewnością wprawiłoby Charlsa Wrighta w stan głębokiego niepokoju.

 

Scena przynosi poczucie szczególności, a my przecież nie możemy robić niczego zwyczajnego. To, co robimy, ma od razu nabierać kształtów wyjątkowości, tak, aby można było je opatrzyć chwytliwym nagłówkiem i wrzucić na szybko wymieniające treści strony internetowych magazynów. To, co robimy musi móc zaistnieć na scenie. Na scenie zaś  postaci zmieniają się szybko i żadna z nich nie odciska na długo swojego śladu, ale my o tym nie wiemy. Zaczadzeni iluzją ponadczasowości, którą oferuje, nie zauważamy, że nasze występy na scenie to nie główna rola, a jedynie niekończące się przesłuchania do sztuki, która jest w zapowiedziach i nigdy nie zostaje wystawiona.

 

Już, gdy słowa wyłaniają się spod kursora, pojawia się myśl, gdzie możemy to opublikować, wydać, do czego jest to przeznaczone. Tekst nie istnieje sam z siebie, nie zalega w szufladach stosami zadrukowanych, czy odręcznie zapisanych kartek. Tekst rodzi się dla odbiorcy, dla jego spodziewanego zapotrzebowania, natychmiastowo przyjmując kształt realizowanego zamówienia, które jest niczym innym, jak tylko „daną minioną formą”[2] zewnętrznie określoną.

 

Wszystko to robimy szybko. Śpieszymy się, bo świat zrobił się płynny. Żyjemy w strumieniach, rozpalani nieustanną nadzieją, że to, co w nie „wrzucamy” będzie miało magnetyczną zdolność przyciągania uwagi. Wrzucamy więc tam wiele rzeczy, któraś z nich w końcu może okazać się tą właśnie, która da nam szansę na zaistnienie. Robimy to rozpaczliwie, znamy dobrze naturę płynnej rzeczywistości, nieustannie zorientowanej na bliżej nieokreśloną przyszłość, a tak naprawdę opanowaną przez „skostniałą i agresywną przeszłość”.

 

Presja zaistnienia kryje w sobie coś niesłychanie paradoksalnego i zarazem groźnego, bo przecież przeciwieństwem zaistnienia jest nieistnienie. Jeżeli nie zaistnieję, nie istnieję. Jeżeli mój tekst nie zostanie zauważony (a jak niby ma zostać zauważony w milionach kilometrów znaków bezładnie plątających się po internecie, sortowanych przez sztuczna inteligencję), przepada, nie nabiera sensu. Czy oznacza to, że przestajemy sami nadawać znaczenia i określać sensy? Czy sensy determinowane są przez wyławiające nasze teksty wyszukiwarki, dzięki którym mogą dotrzeć do potencjalnego czytelnika?

 

Piszemy piętnaście tekstów dziennie za małe pieniądze, każdy z nadzieją na wielką sławę. Przekonani o jakości swego dzieła, która w naszym mniemaniu ma ten sam szlif, co tamte teksty, pisane nocą, wyciągane z przestrzeni niemocy twórczej. Produkujemy nieustannie kolejne teksty, żeby poprawić pozycjonowanie. Pozycjonowanie, które dawniej określało przewagę jednego nad drugim, wymuszane siłą, czy przemocą, oznacza dziś bycie rozpoznanym przez internetowe wyszukiwarki. Niech was jednak nie zmyli to nowe znaczenie popularnego słowa, bo kryjące się za nim algorytmy beznamiętnie ustalają ten sam rodzaj przewagi, co w jego dawnym znaczeniu. Tak o nich myślimy, internetowe wyszukiwarki, nie zadając sobie pytań o kryjący się za nimi cyfrowy mechanizm, nieustannie usprawniany, aby podawał wyniki trafniej, szybciej. Cyfrowy mechanizm, sztuczna inteligencja, podporządkowany mechanizmom sprzedaży.

 

I tak nasze teksty w niezauważalny sposób przechodzą z przestrzeni wewnętrzności, w produkcję, która ma zaspokoić przestrzeń zewnętrzności. Kieruje nimi gęstość słów kluczowych, długość tekstu, tak zwana „czytalność”. Słowa kluczowe, ich kombinacja dają jakąkolwiek nadzieję, że tekst zostanie zauważony. Liczba odsłon, liczba „likeów”, rozzłoszczonych lub zmartwionych buziek, udostępnień. Emocjonujące nagłówki, które pozwalają mieć nadzieję na zwiększenie szans „kliknięcia”. Wszystkie te wydarzenia na internetowej scenie zmieniają nasze oczekiwania do tekstu – źródła nieustannej stymulacji. Już nie wielokierunkowa dyskusja, którą wywołuje tekst, nie zdania zapadające w nas na długie godziny. Zamiast nich spolaryzowane reakcje: lubię/nienawidzę, z pozoru opinie, ale tak naprawdę chwilowe pobudzenia, zarządzane starymi jak świat fragmentami psychicznego życia. Kierując się nimi wybieramy rozpoznanie i współbrzmienie, wybierając własne i wykluczając Inne. Podtrzymujemy obraz świata stworzonego na obraz i podobieństwo swoje. Albo siebie stworzonego na obraz i podobieństwo świata. „Odsłonięty” po wielokroć tekst pozostaje szczelnie zasłonięty, a może raczej sam zamienia się w zasłonę dla głębszych znaczeń.

 

Płynny, szybko zauważany i równie szybko zapominany tekst staje się czymś innym niż był wcześniej. Linią graniczną jest różnica pomiędzy tekstem, który potrzebuje czytelnika, powstającym w nadziei na czytelnika, a tekstem niosącym w sobie przymus istnienia czytelnika, tekstem, którego jedynym uzasadnieniem jest obecność czytelnika. Parafrazując Michala Ajvaza można powiedzieć, że granicą naszego świata opisanego na zewnętrzności staje się wtedy linia, która ma tylko jedną stronę, nie ma i nie może być żadnej drogi z jego środka do wewnątrz 3).

 

Być może za granicą istotnie kryje się źródło zarysów naszej rzeczywistości, i tak jednak nigdy nie zdołalibyśmy tego pojąć, nie miałoby to dla nas żadnego sensu. Sensowne i zrozumiałe jest dla nas tylko to, co porusza się po torach naszego świata. (…) Nasza zdolność widzenia na tyle wrosła w sieć znanych nam sensów, że to, co z nimi niezgodne, zostałoby dla nas niewidzialne. (…) Granicą naszego świata jest linia, która ma tylko jedną stronę, nie ma i nie może być żadnej drogi z jego środka na zewnątrz.

Michal Ajvaz[3]

 

PS: Tekst ten odleżał swoje na półce w cyfrowej „chmurze”, gdzieś tam, na odległym serwerze, klując się powoli z racji poczucia braku „z góry danej formy”. Kto wie, gdyby poleżał tam dłużej, pewnie zmieniłby się w coś jeszcze innego. W swej obecnej formie tekst stworzył nierozwiązywalny problem na etapie przyporządkowania mu słowa kluczowego. Ostatecznie nie zostało ono ustalone, zdając istnienie bądź nieistnienie tekstu na całkowitą losowość.

Małgorzata Kalinowska

 

Cytowane:

[1] Charles Wright, w: “The Art of Poetry XLI” autorstwa J. D. McClatchy [wywiad z Charlesem Wright], Paris Review (zima 1989).

[2] Michal Ajvaz, Morderstwo w hotelu Intercontiental, przeł. L. Engelking, Sejny: Fundacja Pogranicze, 2005, s. 47:

Napisałem tom esejów o technice.

„Świat ujarzmiony przez technikę – można tam przeczytać – zastępuje

żywy czas, owo dojrzewanie przyszłych rzeczy,

realizowaniem z góry danej minionej formy,

pożerającej wszystkie zarodki autentycznej przyszłości,

która jest cudownym objawianiem się niespodziewanego.

W świecie opanowanym przez technikę

panuje skostniała i agresywna przeszłość.”

[3] Michal Ajvaz, Inne Miasto, przeł. L. Engelking, Sejny: Fundacja Pogranicze, 2005, str. 175.

 

Małgorzata Kalinowska

Analityczka jungowska, tłumaczka, autorka tekstów z zakresu traumy kulturowej, psychoanalitycznego treningu i płynnej nowoczesności.

No Comments

Post a Comment

Simple Share Buttons